Pandino.pl

Nowa recenzja albumu Limbosis, zapraszamy do lektury!

Długo przyszło czekać na debiutancki album poznańskiej formacji Abstrakt, ale cierpliwość w końcu została nagrodzona. Właśnie światło dzienne ujrzał krążek koncepcyjny zatytuowany „Limbosis”. Album to interesujący i przede wszystkim stworzony z pomysłem – zarówno pod względem muzycznym, jak i od strony opowiadanej historii. A ta przywołuje gdzieś w tyle głowy analogię do kultowego Frankensteina: bliżej nieokreślony bohater zostaje nijako „stworzony” i zabrany w dość specyficzną podróż.

Abstrakt tworzą wokalista Krzysztof Podsiadło, basista Jakub Puszyński, gitarzysta Michał Fiałka i perkusista Łukasz Simiński. Na „Limbosis” dużą rolę odegrał też klawiszowiec Maciej Dados. Zespół prezentuje trudną do precyzyjnego i jednoznacznego określenia muzykę. Jest to dosyć charakterystyczny zlepek, który łączy w sobie elementy z pogranicza rocka progresywnego czy post rocka, mający w sobie sporą dawkę metalu, wyłapać też można pierwiastki muzyki psychodelicznej, alternatywnej oraz art rocka. Dla mnie osobiście muzyka Abstrakt jest jak Obscure Sphinx pozbawione doom metalu, Blindead obdarte ze sludge’u czy Riverside bez prądu tudzież Lunatic Soul prądem porażone – czyli coś co w skali krajowej można śmiało nazwać pewnym powiewem świeżości. Ale bez przesady, na świecie już tak grano nieraz. Nikt jednak przecież nie wymagał odkrywania Ameryki. Dość naturalnym wydaje się być przywołanie tutaj Tool (od którego zresztą nie odcinają się muzycy – post na Facebooku głosi: „10/10 fanów Tool lubi Limbosis”, chyba troszkę na wyrost), niemniej ja przywołałbym tu bliższe i bardziej precyzyjne porównania – chociażby do Rishloo lub Prisma.

Ale wracając do albumu, bo przecież to o nim mowa. „Limbosis” opowiada nam jedną, spójną historię. Wspomniałem już o Frankensteinie i wcale nieprzypadkowo. W otwierającym album „Teratoma” poznajemy człowieka, który postanowił sam stworzyć sobie syna. Oczywiście najlepiej by był on idealnie taki jakiego wymarzył sobie ojciec. „I’ll give him my brain, I’ll give him my name” („Dam mu swój mózg, dam mu swoje imię”) – mówi samo za siebie. Dość przerażająca i mroczna jest to wizja, ale w końcu chyba każdy w dzieciństwie doświadczył sytuacji, w których odniósł wrażenie, że rodzice go „lepią” na własne podobieństwo. Niemniej mroczny jest podkład muzyczny – ponure acz melodyjne riffy, niespieszne tempo i nostalgiczna melodia budują całkiem ciekawy klimat. Ambientowo robi się w środkowej części tej długiej kompozycji, usłyszymy też dźwięk narzędzi. Syn powstaje.

W dalszej części albumu poznajemy losy naszego nowo „narodzonego” bohatera. Nie będę się tutaj nad nimi rozpisywał, żeby nie popsuć Wam przyjemności z ich odkrywania. Ale historia przedstawiona przez Abstrakt jest całkiem wciągająca. Szybka analiza tekstów w czasie kolejnego przesłuchiwania „Limbosis” sprawiła mi sporą frajdę, tym bardziej, że opowieść doskonale uzupełniana jest przez klimatyczną muzykę. Taki dla przykładu „Clockhouse” doskonale oddaje psychodeliczny nastrój, a energetyczny „Greatnot” obrazuje emocje zawarte w tekście. Mi najbardziej przypadł do gustu umieszczony w środku albumu „Wolf” – oferujący chyba najmocniejsze fragmenty na płycie: mocne riffy, podwójną stopę i ciężko stąpający bas.

Muzycznie album stoi na przyzwoitym poziomie. Kompozycje są przeważnie długie, przez co mogą się niestety troszkę dłużyć. Album też jest stosunkowo długi (ponad 70 minut), ale to debiut zespołu istniejącego przeszło 4 lata – pomysłów było z pewnością na drugie tyle. Całość nagrana jest tak by łączyła się w spójny nieprzerwany ciąg. Łapałem się chwilami na tym, że przegapiłem nawet zmianę utworu. Bo lwia część z nich jest do siebie bardzo podobna. Oczywistym jest, że każdy zespół ma swój własny styl i charakterystykę, ale w czasach kiedy dostęp do muzyki jest powszechny, a samej muzyki też są ogromne ilości – słuchacz staje się wymagający. Na „Limbosis” niestety wiele patentów się powtarza, powielają się podobne rozwiązania, brakuje urozmaicenia. Im dalej w album tym mniej rzeczy nas zaskakuje, choć raczej daleki jestem do stwierdzenia, że wieje nudą. Nie wieje – ale też specjalnie nie absorbuje uwagi.

Instrumentaliści natomiast uwijają się bardzo żwawo. Gitarzysta wie jak i gdzie upchnąć metalowe riffy, a gdzie nieco spuścić z tonu. Wtedy pałeczkę pierwszeństwa przejmuje gitara basowa, która nierzadko w tle wygrywa całkiem ciekawe melodie, a nawet swego rodzaju mini-solówki. Efektu całości dodają smaczki klawiszowe, budujące przestrzeń oraz nadające charakterystycznego klimatu. Najsłabiej moim zdaniem wypada wokalista. I nie to żebym musiał się do czegoś przyczepić – po prostu jest najsłabszym ogniwem. Nie rusza mnie w wokalu ani barwa, ani maniera, ani przesadna (takie odniosłem wrażenie) ekspresja. Na szczęście nie jest to dla mnie tak uciążliwe żeby uniemożliwiało przesłuchiwanie albumu.

Bo „Limbosis” to summa summarum ciekawe wydawnictwo. Na pewno nie jest idealne, ale też nie można go od razu przekreślać. Wokalista musi nad sobą popracować, cała reszta składu jest już ułożona i jako-tako wie co chce grać. Nie w każdym momencie też podobało mi się brzmienie albumu, np. dźwięki wiertarki w „Teratoma” przy głośnym odsłuchu nie należą do zbyt przyjemnych (za głośno). Dużym plusem jest ciekawy koncept wyraźnie współgrający z muzyką. Podoba mi się też oprawa graficzna digipacku. Minimalistyczna okładka, dosyć tajemnicza, ale po zapoznaniu się z treścią tekstów – wymowna. Abstrakt debiutuje całkiem nieźle i myślę, że spokojnie spełnia stawiane przed każdym debiutantem oczekiwania. Warto więc po „Limbosis” sięgnąć. Jednak ja osobiście mam nadzieję, że kolejnym albumem wywołają u mnie trwały, a nie tylko przelotny, uśmiech.